50 lat żeńskiego szczypiorniaka: Historia Anny Siekaniec

1368

Medale mistrzostw Polski z każdego kruszcu, europejskie puchary i brama weselna zrobiona ze sportowych butów. W kolejnej odsłonie naszego historycznego cyklu przedstawiamy państwu wspomnienia Anny Siekaniec, która do MKS Zagłębia Lubin trafiła pod koniec lat osiemdziesiątych. W następnej części historia Kai Załęcznej.

Anna Siekaniec podczas ataku na bramkę zespołu z Gliwic. Na zdjęciu widoczna Kinga Grzyb, która wtedy reprezentowała ekipę SMS-u Gliwice.

Pierwsze kroki ze szczypiorniakiem w rodzinnej Świdnicy.

Anna Siekaniec: Urodziłam się w Świdnicy i tam właśnie zaczynałam przygodę z piłką ręczną w szkole podstawowej numer sześć. Była głęboka komuna. Rodzice, choć pracowali obydwoje to na nic nie wystarczało i nagle trafiła się pewna sportowa możliwość. Zaproponował ją człowiek, który przeprowadził testy sprawnościowe młodym ludziom, choć nie wyglądały one tak, jak teraz to robimy naszym przyszłym adeptom. Tym trenerem był Stanisław Sokołowski. Miał dynamometr i ściskaliśmy ten dynamometr w klasie. Patrzył na nasz wzrost i jak prezentujemy się fizycznie. Wiadomo było, że dla kogoś, kogo nie stać na zajęcia dodatkowe to sport był trampoliną. Można było się wyrwać z szarości czy przeciętności. Dodatkowo w tamtych czasach państwo dużo łożyło na sport. Pamiętam, że rodzice praktycznie nic nie płacili za sprzęt czy strój z torbą i pobyt na obozie sportowym. Rodzice nie specjalnie chcieli się zgodzić na moje przejście do innej szkoły, a zwłaszcza mama, która widziała mnie na studiach z karierą naukową. Sport nie kojarzył się z czymś dobrym i z czymś, co może dać chleba, tak mówili rodzice. Dzisiaj jednak powiem inaczej, bo jednak wszystko mam dzięki sportowi i to powtarzam mamie.

Bardzo dobre szkolenie od najmłodszych lat.

Anna Siekaniec: Miałam szczęście w mojej karierze z takimi kontrowersyjnymi szkoleniowcami, aczkolwiek wysokiej klasy. Myślę, że z grupki dziewcząt trener Sokołowski utworzył wspaniały zespół, który przez siedem lat zdążyłyśmy zdobyć wielokrotnie mistrzostwo Dolnego Śląska, ale srebrny medal na Spartakiadzie Młodzieży w juniorkach młodszych, dwukrotnie mistrzostwo Polski juniorek i awansować do drugiej ligi. Warto podkreślić, że wtedy zabrałyśmy sprzed nosa ten awans Zagłębiu Lubin. Jak w 1988 roku przyjechałam do Lubina to pamiętam, że wtedy i wiele lat później pan Jan Pawlak wypominał mi to, że byłam jedną z tych osób, która opóźniła Zagłębiu Lubin wejście do drugiej ligi, bo była chyba taka sytuacja, że decydował rzut karny, który ja wykorzystałam w tym meczu. Wracając do Świdnicy to skończyłyśmy tam drugą ligą i w pewnym momencie wszystko się skończyło, bo pokończyłyśmy szkoły i porozjeżdżałyśmy się, a dodatkowo pojawił się problem finansowania, bo przecież grałyśmy w drugiej lidze. Do dziś niestety świdnicka piłka ręczna nie może się reaktywować, ale na to miało wpływ wiele czynników, nie tylko pieniężnych. Tworzyłyśmy świetny zespół. Z zespołu wywodzi się Agnieszka Tobiasz, która była reprezentantką Polski. Byłyśmy naprawdę waleczne.

Sportowa rodzina.

Anna Siekaniec: Dziewczyny w międzyczasie w dresach z trenerem przyszły na ślub cywilny w Ratuszu. Pamiętam tą weselną bramę, którą zrobiły z butów sportowych.

Anna Siekaniec: Z takich powodów, iż świdnicki trener stracił u mnie autorytet z różnych powodów, to mając siedemnaście lat rzuciłam na pół roku rzuciłam piłkę ręczną, ale chciałam oczywiście dalej grać. Nadarzyła się okazja w Lubinie. Zagłębie awansowało do drugiej ligi i mogłam pójść do liceum. Oczywiście znowu była przeprawa z moimi rodzicami, bo nie bardzo chcieli się zgodzić. Miałam też inną propozycję. Była nią gra w Gdańsku, gdzie miałam iść do liceum sportowego przy AWF-ie, a następnie go skończyć. Tam oczywiście Grubba i inni znani sportowcy. Myślę, że co by było, gdyby. Ale tutaj było bliżej, a dodatkowo spotkałam chłopaka stąd i może to też dzięki miłości. Znaliśmy się wcześniej. Też piłkarz ręczny. Do domu musiał przyjechać pan Pawlak i trener Roman Jezierski, aby przekonać rodziców. Tatę przekonali, a mamę nie. Zawsze mówiła, że co oni ci w głowie namieszali, że zabrali do tego Lubina? Wybrałam Lubin. Wyjechałam z domu. Skończyłam 2 LO. Niespełna osiemnaście lat. Chodziłam do liceum o profilu biologiczno-chemicznym. Zdałam maturę i po maturze wybrałam znowu Lubin, bo znowu się zakochałam. Zostałam więc, już po awansie do pierwszej ligi i wybrałam studium nauczycielskie w Głogowie, choć myślałam o Wrocławiu i AWF-ie. Tak się przydarzyło, że ledwie pochodziłam do studium i zaszłam w ciążę. Pośpieszyliśmy się z moim narzeczonym. Prędko ślub. Warto podkreślić, że byliśmy pierwszym takim międzysekcyjnym małżeństwem. Mojego męża poznałam na hali sportowej. Był zawodnikiem Zygmunta Woźniczki, juniorem. Ja, byłam zawodniczką wtedy pierwszoligową. Mąż szlifował formę w juniorach, a później dostał się do seniorów. To była taka sportowa rodzina. Teść, Zdzisław Siekaniec był kierownikiem zespołu męskiego i współpracował z Zygmuntem Woźniczką czy trenerem Jeżakiem. Nasza międzysekcyjna para stanęła na ślubnym kobiercu. W dniu ślubu odbywał się turniej piłki ręcznej i dziewczyny w międzyczasie w dresach z trenerem przyszły na ślub cywilny w Ratuszu. Pamiętam tą weselną bramę, którą zrobiły z butów sportowych. Potem jak się urodził Patryk, to jedna z koleżanek została chrzestną, Renata Suszek, a dziś Głąbińska. Później sam syn rozpoczął przygodę z piłką ręczną.

Awans do I ligi.

Anna Siekaniec: Zespół, do którego przyszłam nie miał gwiazd, ale wiedziałyśmy, kiedy trzeba porządnie popracować. To była ciężka harówka. Byłyśmy bardzo zżyte ze sobą i na parkiecie krew, pot i łzy bez żadnej kalkulacji. Dzisiaj jak się patrzy na sportowców to czasami tego brakuje. Wszyscy wtedy w Polsce się nas bali, bo byłyśmy nieobliczalne, niesamowicie waleczne. Awans był w sezonie 1988/1989. Kolejny to reorganizacja ligi. Pojawiły się dwie grupy pierwszej ligi, A i B. Ten awans to był do tej grupy B, a po roku awansowałyśmy do A. Od tego czasu gramy do dzisiaj w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Wicemistrzostwo kraju 1994/1995.

Anna Siekaniec: Sezon ze srebrnym medalem to tak naprawdę dość niedługo po tym, jak awansowałyśmy do pierwszej ligi. Po trzech sezonach stanęłyśmy na pudle i z beniaminka stałyśmy się wicemistrzem. Wydaje mi się, że dużo bardziej przeżyłyśmy kolejny sezon, kiedy z pozycji wicemistrza walczyłyśmy ponownie o medale. To chyba było dla nas dużo trudniejsze i wartościowe, jak później wydarłyśmy w Piotrkowie brązowy medal. Srebrny przyszedł nieco nieoczekiwanie. Nie było chyba wielkiego parcia na to, po prostu się udało. Starałyśmy się jak zawsze, robiłyśmy swoje. Trener Jezierski miał swoją metodykę działania. Wszystko szło zgodnie z planem. Była to niespodzianka dla wszystkich, a sezon z brązowym medalem to już świadomość, czego od nas się oczekuje, a także, że trzeba się jeszcze bardziej starać. Liga wyglądała zupełnie inaczej. Trzeba było wygrać mnóstwo meczów. Sporo energii, szybka regeneracja i następnego dnia kolejny mecz. Na kolejny medal trzeba było już poczekać do 2000 roku.

Europejskie Puchary.

Anna Siekaniec: Piłka zupełnie inna i ten świat. Szczypiorniak w piłce ręcznej zaczął się wtedy dopiero porządnie rozwijać, a nasze zawodniczki zaczęły powoli zasilać zagraniczne kluby. Byliśmy ciągle w tyle za Europą. Spotkania były ciekawe. Pierwsze losowania były zwykle dla nas korzystny, bo nie zdarzyło się, abyśmy w tym pierwszym etapie przegrały. Trafiał się rywal w zasięgu. Im dalej w las było trudniej. W jednym sezonie zagrałyśmy półfinał z Metz i mimo tego, że grałyśmy dobrze to nie sprostałyśmy. Jednak ten poziom nie był w zasięgu polskiej piłki ręcznej. Był Trondheim, czy właśnie francuski Metz, wielokrotny mistrz Francji.

Buty zawieszone na kołku, ale doświadczenie przekazywane młodemu pokoleniu.

Anna Siekaniec: Sezon 1999/2000 to był sezon, w którym zagrałam ostatni mecz. Mecz, który odbył się w Lublinie. Spotkanie play-off. Walczyłyśmy o złoty medal. Przegrałyśmy w Lublinie i miałyśmy srebrny medal. Kolejny medal mistrzostw kraju, choć wiadomo, że apetyty miałyśmy na więcej. Ten mecz pamiętam, bo już miałam świadomość, że to mój ostatni. Nikt mi wprost nie powiedział tego, ale miałam świadomość, że odchodzę. Sama do końca nie chciałam odejść. Miałam nieco poczucie wypalenia czy zmęczenia, ale każdy sportowiec tam ma na koniec sezonu, a na starcie nowego ponownie chce grać. Tak się to toczyło. Miałam przeczucie, że to dla mnie koniec. Pan trener Jezierski podziękował mi na początku czerwca. Trochę miałam żal, że tak późno, bo gdybym wcześniej wiedziała to znalazłabym sobie jeszcze jakiś klub. Ale naprawdę miałam propozycję, choćby z Piotrkowa Trybunalskiego. Miałam trzydzieści lat i dziesięcioletniego syna w szkole i to była trudna decyzja. Po pół roku dałam się namówić panu Zdzisławowi Wąsowi, aby wesprzeć w pierwszej lidze Sokół Żary. Jeszcze w tym sezonie 2000/2001 w drugiej rundzie pograłam w Żarach, choćby naprzeciw Kingi Grzyb, która była wtedy w Gliwicach. Wiedziałam jednak, że trzeba wieszać buty na kołek. Pracowałam już wtedy w szkole. W 2000 roku zaczęłam pracować w Szkole Podstawowej numer 12 w Lubinie i tam rozpoczęłam pracę jako nauczyciel wychowania fizycznego. Akurat szkoła była po reformie oświaty, powstały gimnazja. Po krótkim czasie trafiłam do wymarzonej siódemki przy Sybiraków. Do szkoły, którą jako zawodniczka obserwowałam. Widziałam trenerów pracujących z młodzieżą i miałam cichą nadzieję, że kiedyś będę tam pracowała. No i marzenie się spełniło. Pracuję tam do dziś, choć nie w charakterze nauczyciela wychowania fizycznego. Współpracuję z klubem MKS Zagłębiem Lubin trzydzieści jeden lat, a sezonami to minął trzydziesty sezon. Dziś, w klubie zajmuję się szkoleniem maluszków w Akademii Krecika. Prowadzę zajęcia dla dzieci z klas od pierwszej do trzeciej, szkoły podstawowej. Promujemy piłkę ręczną. Dziś są trudne czasy dla sportu, bo trzeba dzieci odciągać od komputerów i pokazać, że sport może być ciekawszy. Nie ukrywam, że robimy to, aby w przyszłości dzieci chciały grać w piłkę ręczną. Po trudnym okresie mamy zielone światło na tworzenie klas sportowych i te zajęcia mają duży wpływ na to. Jesteśmy po letnim obozie sportowym z Elą Szczepaniak i Beatą Miazgą. Skończyłam karierę zawodniczą, marzyłam o karierze trenerki. Również to się spełniło. Trzeba zawsze dążyć do celów, trzeba umieć walczyć o swoje. Walczyć o kontrakt, ponegocjować. Zbyt potulnym być nie można. Tak wychowałam zawodniczki, które mogę obserwować, byłam trenerem drugiej ligi i przez ten czas współpracowałam ze znanymi teraz piłkarkami. Pracowałam z Dolnośląskim Związkiem Piłki Ręcznej, jako trener kadry. Ciekawostka, będąc asystentką Aleksandra Szymanowskiego z Dzierżoniowa, miałam okazję prowadzić zespół z Moniką Maliczkiewicz, Mariolą Wiertelak, Agnieszką Kowalską czy Anną Wysokińska. Ta pierwsza praca w kadrze wojewódzkiej to z tymi dziewczynami i pan Szymanowski i Jerzy Dyrkacz prowadzili zespół. Swoje wychowanki z lubińskiej szkół to Kasia Homonicka grając w Płocku czy Kielcach, a także Jula Walczak.

Z Anną Siekaniec rozmawiał Mariusz Babicz.

Fot. Archiwum Anny Siekaniec

 

Trwa ładowanie komentarzy. Prosimy o cierpliwość