Deska się załamała i dwuletnie dziecko stojące na kładce wpadło do rzeki. Na szczęście chłopcu nic się nie stało. Dziury załatano. Jednak czy to wystarczy? – Trzeba coś z tym zrobić. Chodzi tędy dużo ludzi. Ktoś musi się tym zająć – mówi mama chłopca, który wpadł do rzeczki z przejścia pod nasypem kolejowym ze skweru Zastawnika w stronę parku Solidarności.
– Staliśmy na kładce, patrząc na wodę. Nagle deska się złamała i mój synek wpadł do wody. Na szczęście szybko go wyciągnęłam i nic mu się nie stało, tylko się wystraszył – opowiada lubinianka.
Kobieta wezwała straż miejską, a ta tymczasowo odgrodziła kładkę taśmą. – Zawiadomię też urząd miejski. Chodzi tędy dużo ludzi, między innymi matki z dziećmi na spacer, ja też często korzystam z tej kładki. Ktoś powinien się tym zająć – mówi mama chłopca, który wpadł do wody.
Błyskawicznie, bo gdy jeszcze rozmawiamy, pojawiają się panowie przysłani przez lubiński magistrat, aby załatać dziury w kładce.
– Ta kładka jest w tym miejscu od wielu lat. Monitorujemy ją, ale nie jesteśmy w stanie robić tego na okrągło. Kładka jest bardzo blisko wody, a materiał z którego jest zrobiona, czyli drewno, szybko koroduje – mówi Rafał Rozmus, naczelnik wydziału infrastruktury Urzędu Miejskiego w Lubinie. – Mamy w planach budowę nowej kładki z trwalszego materiału niż drewno – dodaje, jednak nie określa konkretnego terminu przebudowy.
Naczelnik zapewnia jednocześnie, że urząd nie planuje zamykać tej kładki, bo po pierwsze korzysta z niej dużo osób, a po drugie ludzie mogliby zacząć przechodzić przez nasyp, co byłoby niebezpieczne.
O tym przejściu pisaliśmy już w ubiegłym roku. Ze ścian i sklepienia tunelu odpadają bowiem części cegieł. Dlatego PKP, do którego należy tunel, najpierw zdecydowało się zamknąć kładkę, a potem, choć blokujący drogę pręt zdjęto, ustawiono tabliczkę z zakazem przejścia. Tabliczka nadal tam jest, ale nieczytelna, bo została zamazana farbą.





