Znam to miasto na pamięć

140

Dziesięć lat temu w Lubinie powstało Muzeum Historyczne. Dla wielu mieszkańców miasta, które w latach sześćdziesiątych budowali osadnicy przybyli z różnych stron Polski, była to decyzja nieoczywista. Jej autor – Robert Raczyński, prezydent Lubina przez blisko trzy dekady, historyk i rodowity Lubinianin – opowiada, skąd się wzięła ta koncepcja i dokąd dziś prowadzi.

Fot. Tomasz Folta

Większość prezydentów miast zostawia po sobie drogi i osiedla. Pan postanowił stworzyć instytucję, która ma kształtować to, jak Lubinianie rozumieją sami siebie. Skąd to założenie? Jak wytłumaczyć mieszkańcom, że warto inwestować w historię?

Proszę pamiętać, że drogi też budujemy – i place zabaw, i aquapark. Ale miasto to nie jest zbiór infrastruktury. To jest wspólnota ludzi, którzy muszą wiedzieć, po co tu są. Lubin przez dekady był miejscem, którego mieszkańcy się nie rozpakowywali, bo przyjeżdżali na chwilę, zarobić i wrócić. Koniec końców zostawali, ale przez lata nie mieli poczucia, że to ich prawdziwe miejsce na ziemi. Muzeum Historyczne w Lubinie przynosi odpowiedź na pytanie: kim są Lubinianie i skąd pochodzą jako Polacy. Jeśli tego nie wiemy, to jesteśmy tylko luźną zbiorowością jednostek, które mieszkają obok siebie.

Słowo „muzeum” wciąż może kojarzyć się z nudnym obowiązkiem szkolnym. Co taka instytucja może dziś dać ludziom czerpiącym wiedzę z cyfrowych mediów?

Właśnie dlatego od początku zależało mi, żeby to nie było muzeum w tradycyjnym sensie. To nie jest sala z gablotkami. Jego ekspozycje są w otwartej przestrzeni, gdzie człowiek chodzi i odkrywa historię w ruchu, między drzewami. Wcześniej stworzyliśmy ogród zoologiczny, żeby Lubinianie mieli kontakt z przyrodą. Muzeum w Parku Leśnym miało dać im to samo, tyle że z historią – przygodę, nie lekcję.

I tu jest coś, o czym mało kto wie, bo mało kto już to pamięta. Ja pamiętam: ten teren ma swoją własną, bardzo konkretną historię. Był tu czynny poligon artylerii – do tego właśnie wykorzystywana była strzelnica. Jeszcze długo po wojnie Rosjanie walili tutaj z armat. A wioski, które wtedy istniały w okolicy Lubina, były zupełnie inne niż dzisiaj – jedna ulica, kilka domów, nic więcej. Dziś nie ma już prawie nikogo, kto by to niósł w pamięci. Mieszkańcy, którzy idą przez ten las, chodzą po terenie, gdzie rozgrywała się historia wojenna – i często nie mają o tym pojęcia.

To jest właśnie idea tego miejsca – żeby historia nie była abstrakcją w gablocie, ale żeby była pod nogami, dosłownie. Żaden telefon tego nie zastąpi, bo historia musi być przeżyta, a nie przesunięta palcem po ekranie.

Lata dziewięćdziesiąte XX wieku są już słabo zarchiwizowane, co dopiero mówić o latach czterdziestych czy pięćdziesiątych. Jeżeli my tego nie zbierzemy i nie zachowamy, to za trzydzieści lat po prostu tego nie będzie. Przecież nie możemy być pewni, że internet to jakkolwiek zachowa i odtworzy, że w ogóle będzie wtedy jakiś internet.

– Muzeum Historyczne to nie jest sala z gablotkami. Jego ekspozycje są w otwartej przestrzeni, gdzie człowiek chodzi i odkrywa historię w ruchu, między drzewami – mówi prezydent Robert Raczyński (fot. Tomasz Folta)

Lubin to miasto zbudowane przez ludzi z różnych stron Polski. Czy muzeum może pomóc stworzyć wspólną tożsamość tam, gdzie każdy przywiózł własną?

To jest właśnie fenomen tego miasta. W reszcie Polski na Ziemiach Odzyskanych osiedlano się całymi wioskami – przyjeżdżali razem, więc trzymali się swojej kultury. Tu, w Zagłębiu Miedziowym, przemysł miedziowy pościągał ludzi z zupełnie różnych stron, z różnych tradycji i doświadczeń. Był tu Ślązak, był Łemko, ktoś z Mazowsza, inny spod Rzeszowa. Moja mama pochodzi z Mazowsza, tato – z Druskienik, na Wileńszczyźnie. Niektórzy przyjechali z Belgii, Bośni, a nawet z odległej Grecji; część z terenów dzisiejszej Ukrainy. I z tej mieszanki wyszło wyjątkowe miasto. Muzeum ma im powiedzieć: ta wasza zbiorowa historia, te wszystkie powiązane i zmiksowane historie rodzinne, to jest właśnie Lubin. Ale Lubin to też część czegoś większego – tysiąca lat polskiej państwowości, której ten teren był częścią od samego początku, od czasów Bolesława Chrobrego. Nie ma narracji lokalnej bez narracji narodowej – jedno bez drugiego jest niepełne.

Hegel powiedział, że historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła. Dlaczego wciąż na nowo przerabiamy te same trudne lekcje?

Dlatego że świadomość historyczna nie jest czymś, co człowiek dziedziczy biologicznie. Ona musi być przekazywana – w rodzinie, w szkole, w rozmowach między pokoleniami. Jeśli te rozmowy nie są prowadzone, świadomość się nie wykrystalizuje. Mówiłem o tym wielokrotnie w kontekście Zbrodni Lubińskiej. Większość Lubinian wie, co się tu działo w 1982 roku, ale czy pojmują mechanizm, który do tego doprowadził? To już inna sprawa. A właśnie zrozumienie mechanizmów – a nie tylko zapamiętanie dat – jest tym, co mogłoby nas przed powtórką uchronić. Każdy ma dziś wszystkie daty w telefonie. Pytanie brzmi, czy rozumie, co z nich wynika.

Park Leśny stał się idealną scenerią dla rekonstruktorów i rekonstrukcji historycznych

Historia zmienia się wraz z interpretacjami. Czy muzeum może uchronić nas przed zniekształceniami prawdy historycznej? Czy w ogóle da się ich uniknąć?

Całkowicie uniknąć się nie da i byłoby niepoważnym twierdzić inaczej. Każda epoka patrzy na przeszłość przez pryzmat własnych doświadczeń i lęków. Muzeum ma jedną zasadniczą przewagę nad doraźnym komentarzem politycznym czy medialnym: zbiera i przechowuje materiały pierwotne – dokumenty, przedmioty, świadectwa. Nawet jeśli interpretacja się zmieni, materiał pozostaje. Ktoś za trzydzieści lat może przyjść i wyciągnąć z tego własne wnioski. Nie chcę, żeby za trzydzieści lat ktoś budował opowieści o Lubinie na bazie domysłów i wymysłów. Historia tego miasta jest zbyt ważna, żeby ją zostawić przypadkowi.

Nie możemy też zapominać, że jesteśmy miastem, które za sprawą zbrodniczego systemu komunistycznego straciło ludzi. To zobowiązuje do szczególnej dbałości o prawdę.

Pan, historyk, wszedł w rolę polityka. Na ile wiedza o mechanizmach historii wpływa na pana decyzje jako prezydenta miasta?

Wpływa, choć nie zawsze w sposób, który łatwo opisać. Historyk przede wszystkim wie, że procesy trwają długo – że miasto buduje się przez pokolenia, nie przez jedną kadencję. To uodparnia na pewien rodzaj krótkowzroczności, który w polityce jest powszechny. Gdy zakładałem zoo, wielu pytało: „Po co? Niech będą drogi!”. Gdy tworzyliśmy muzeum w Parku Leśnym, słyszałem to samo. Ale ja patrzyłem na Lubin jako miasto, które przez dekady nie miało ani tożsamości, ani infrastruktury tożsamościowej. Industrializacja wysuszyła je z zieleni, a komunizm – z historii. Moim obowiązkiem było przywracać jedno i drugie jednocześnie – stąd i Ogród Zoologiczny, i Park Leśny z Muzeum Historycznym. Dwa osobne miejsca, jedna idea.

Wracam do tego parku, bo to jest dla mnie symbol właśnie takiego myślenia. Teren, na którym stały stanowiska artyleryjskie, gdzie potem latami rósł zaniedbany las, dziś ludzie odwiedzają, by odpocząć i przy okazji dowiedzieć się czegoś o swoich korzeniach. To nie jest przypadek. To jest projekt na pokolenia. Taką perspektywę daje właśnie historia. I właśnie dlatego, że znam to miasto na pamięć, inni nie będą go zapominać.

Wywiad pochodzi z wydania specjalnego „Wiadomości Lubińskich” powstałego w kooperatywie z „Magazynem Muzealnym”, który ukazał się 3 czerwca


POWIĄZANE ARTYKUŁY