SOR odmówił pomocy 2,5-letniemu chłopcu

18382

– Odebrałam telefon z przedszkola, że dziecko upadło i ma mocno rozciętą brodę. Jak przyjechałam to zobaczyłam, że rana jest tak głęboka, że aż mięso wychodzi. Szybko pojechałam z synem na SOR na ul. Bema i proszę sobie wyobrazić, że mi dziecka nie przyjęli – skarży się matka 2,5-letniego chłopca. Ostatecznie po kilku godzinach lubinianka otrzymała pomoc, ale… w Legnicy. Przedstawiciele lubińskiej lecznicy do sprawy się nie odnieśli.

Kobieta, która zadzwoniła w tej sprawie do naszej redakcji, jest zbulwersowana nie tylko faktem, że ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Lubinie została odesłana z kwitkiem, ale również, że nikt jej nawet nie poinformował, gdzie powinna się zgłosić.

– Przyszła do nas ratowniczka medyczna i widać było, że sama jest zakłopotana, bo nie wie, co z nami zrobić. Po chwili wyszedł lekarz i powiedział, że się dziećmi nie zajmuje. Na korytarzu tylko obejrzał pobieżnie syna i stwierdził, że nie ma objawów neurologicznych. Dotknął jego głowy i zalecił, żebym kupiła takie szwy zewnętrzne i nakleiła dziecku na ranę i jeszcze, żeby nie oglądało telewizji – opowiada pani Agnieszka, matka 2,5-letniego przedszkolaka.

– Wyszłam z tego szpitala w takim szoku, że nawet nie zapytałam, co mam dalej robić – dodaje.

Lubinianka przyznaje też, że jej obecność w szpitalu mogą potwierdzić jedynie kamery umieszczone na korytarzu, bo nikt jej ani jej syna nie zarejestrował.

– Jedyne przez co przeszliśmy to przez ten namiot covidowy, wypełniliśmy ankiety związane z koronawirusem, ale na samym SOR-ze nikt nas nie rejestrował – mówi.

W pierwszej kolejności nasza czytelniczka udała się do apteki, by kupić plastry, które zalecił jej lekarz. Te jednak nie zdały egzaminu, ponieważ rana była na tyle duża, że i „tak wszystko wydostawało się na zewnątrz skóry”.

Zdesperowana matka zaczęła szukać więc pomocy gdzie indziej. – Obdzwoniłam miejscowe przychodnie zdrowia. Dopiero w przychodni na ul. Słonecznej dowiedziałam się, że w Legnicy funkcjonuje SOR dziecięcy. Jeszcze tego samego dnia pojechałam do Legnicy. Tam dziecku nakleili te szwy zewnętrzne, które i tak za chwilę się rozeszły. Dodam też, że ani w Lubinie ani w Legnicy nikt tej rany nawet nie odkaził – przyznaje kobieta.

Opisywane zdarzenie miało miejsce pod koniec września. Piszemy o nim dopiero dziś, ponieważ próbowaliśmy uzyskać odpowiedź ze strony lubińskiego szpitala. Z lecznicą kontaktowaliśmy się kilkukrotnie, zarówno telefonicznie jak i drogą mailową. Przedstawiciele placówki zapewniali nas, że przygotowują stanowisko w tej sprawie, którego jednak do tej pory nie otrzymaliśmy…