Upały za dnia i kilkunastostopniowe mrozy w nocy, niebezpieczne podejścia i ciężkie bagaże na plecach. – To była wyprawa życia – mówią zgodnie Krzysztof Stasiak, Szymon Mańko i Marcin Królak, którzy właśnie wrócili z wyprawy w Himalaje. Lubinianie, wraz z organizatorem Ryszardem Pawłowskim, oraz pozostałymi dziesięcioma uczestnikami podróży, atakowali ośmiotysięcznik Manaslu.
Podróż rozpoczęli 16 września, lotem z Warszawy do Khatmandu, stolicy Nepalu. Tam alpiniści przez trzy dni szykowali karawanę, by 19 września wyruszyć w przeprawę przez dżunglę, gdzie panowały wyjątkowe upały. – Musieliśmy być więc wyposażeni w każdy rodzaj ciuchów, począwszy od letnich, a na zimowych skończywszy. Każdy z nas miał około 40 kg bagażu. Szliśmy tak przez siedem dni, aż dotarliśmy do Samagaun, które znajduje się u podnóża góry Manaslu, na wysokości 3600 m n.p.m. Tam odpoczywaliśmy przez dwa dni, po czym zaczęliśmy atakować ośmiotysięcznik – opowiada Marcin Królak, zapalony alpinista, który na co dzień pracuje jako górnik w ZG Lubin.
Ogromna różnica temperatur oraz opady śniegu, a następnie deszczu. – Są to trudne warunki, przy których ważne jest stopniowe uzyskiwanie wysokości, co pozwala na aklimatyzację organizmu. Dlatego też pokonywaliśmy średnio 20 km dziennie. To optymalny dystans dla tego typu warunków – wyjaśnia Szymon Mańko, pracownik Mercusa, który brał udział w wyprawie.
Dla 11 uczestników akcja górska trwała 16 dni. Wszystko przez prognozę, która zakładała gwałtowne załamanie pogody. – Opady 1,5 metra śniegu i gwałtowny wiatr, którego prędkość osiągnęłaby 80 km/h były zagrożeniem dla naszego życia, dlatego zdecydowaliśmy się zakończyć wyprawę i wycofać się przełęczą w stronę Annapurny do Pokhary, co zajęło nam w sumie pięć dni – dodaje Marcin Królak.
Pozostałych trzech alpinistów, wśród których znalazł się lubinianin Krzysztof Stasiak, postanowiło kontynuować atak Manaslu. – To nie tak, że nie zdawałem sobie sprawy z zagrożenia. Po prostu chciałem iść. Szliśmy jeszcze siedem dni, jednak warunki były na tyle trudne, że musieliśmy podjąć decyzję o powrocie. Generalnie tę wyprawę odbieram bardzo pozytywnie, jednak jest pewien niedosyt, który motywuje do kolejnych podróży – tłumaczy Krzysztof Stasiak, który na co dzień pracuje w ZG Lubin.
Szczytu co prawda nie udało się zdobyć, ale lubinianie mają już plany na kolejną wyprawę, choć – jak tłumaczą – jest za wcześnie, by o tym mówić. – Na pewno będą to Himalaje i na pewno będzie to ośmiotysięcznik – zapewniają zgodnie alpiniści z Lubina.





