Parowóz, Zbrodnia Lubińska, pionierzy przywożeni wagonami do miasta miedzi i wspomnienia, które po latach wciąż wywołują łzy. O tym, dlaczego muzeum musi budzić emocje, czego Lubin jeszcze nie opowiedział o swojej historii i dlaczego w centrum wciąż powinien być prawdziwy artefakt, a nie ekran dotykowy – mówi dr Marek Zawadka, historyk, dyrektor Muzeum Historycznego w Lubinie. Wywiad został przeprowadzony z okazji 10-lecia Muzeum Historycznego w Lubinie.

„Ta kobieta była przekonana, że zabiła swoją siostrę”
Gdyby miał Pan wskazać jeden moment z tych 10 lat, w którym pomyślał Pan: tak, to muzeum naprawdę stało się ważne dla mieszkańców – co by to było?
Parowóz. Parowóz i wystawa o pionierach z 1945 roku. I nie chodzi o dzień, w którym stanęła. Chwilę później do naszego sklepu muzealnego przyszła 80-letnia kobieta ze swoją 84-letnią siostrą, żeby przeprosić za to, co wydarzyło się na stacji. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi.
Okazało się, że gdy zobaczyła leżące w wagonie dzieci, wpadła w panikę. Zaczęła płakać i histeryzować, że to ona i że obok leży jej siostra, którą „zabiła”, czyli udusiła podczas podróży tutaj w 1945 roku. Interweniowała policja, przyjechało pogotowie, kobieta dostała zastrzyk uspokajający.
Myślę, że to było największe przeżycie z tych 10 lat. Były też inne momenty, ale ten był najbardziej lubiński i potwierdził, że ta robota ma sens.

„Muzeum bez emocji byłoby obojętne”
Taki był cel – budzić emocje poprzez historię?
Bez emocji wszystko staje się takie płaskie i obojętne. Kiedy człowiek wchodzi do okopów i myśli o tym, że ktoś musiał tam siedzieć miesiącami, albo do okrętu podwodnego, w którym żyło 60 ludzi, zaczyna inaczej odbierać historię.
Same wagony oczywiście nie oddają brutalności doświadczeń pionierów, ale chcemy, żeby ludzie coś poczuli. Kiedy ktoś wychodzi z bunkra poświęconego Katyniowi i widać, że te emocje w nim pracują, to znaczy, że muzeum działa.
Nie może być jednak tak, że całe muzeum opiera się wyłącznie na emocjach. Część musi być dydaktyczna, część z humorem, ale emocje są potrzebne.
„Lubin długo nie miał własnej opowieści”
Współczesna historia Lubina zaczęła się od miedzi. Czy przed dziesięcioma laty miasto po prostu dorosło do tego, by swoją historię wreszcie uporządkować i opowiedzieć?
Może nie powinienem tego mówić, ale w Rotterdamie, kiedy budowano nowy port Maasvlakte II, pierwszą rzeczą był infopunkt. Dziś jest tam muzeum budowy portu.
Do czego zmierzam? W Lubinie i całym Zagłębiu Miedziowym przespano moment stworzenia muzeum już w latach 60. i 70. Miasto było wtedy w dużej mierze podporządkowane KGHM-owi i właśnie tam należało szukać impulsu do budowania pamięci o regionie. Później każdy poszedł swoją drogą.
Od „Wzgórza Zamkowego” do Muzeum Historycznego
Kiedy zostałem dyrektorem „Wzgórza”, uznałem, że sama działalność wystawiennicza to za mało. Chcieliśmy wykorzystać historię, żeby przyciągnąć ludzi i zainteresować szkoły. Pierwszą dużą wystawą było „Sowieckie Piekło”, przygotowane z IPN-em. Potem była Zbrodnia Lubińska, Zagłębie Miedziowe i kolejne projekty. Właściwie do dziś próbujemy robić to samo – opowiadać historię tak, żeby ludzi naprawdę interesowała. Robiliśmy to jeszcze pod szyldem Ośrodka Kultury „Wzgórze Zamkowe”. W 2014 roku podjęliśmy próbę przekształcenia „Wzgórza Zamkowego” w muzeum, ale Ministerstwo Kultury nie wyraziło zgody. Chodziło między innymi o możliwość pozyskiwania zabytków i artefaktów. Ostatecznie 31 maja 2016 roku Rada Miejska podjęła uchwałę o powołaniu Muzeum Historycznego w Lubinie.

„To nie były już Wydarzenia Lubińskie”
Czy Zbrodnia Lubińska była dla pana emocjonalnie trudnym tematem?
W 2006 roku zrobiliśmy dużą plenerową wystawę koło „Wzgórza”. Dziś powiedziałbym nawet, że momentami była przegadana – dużo tekstu, dokumentów, plansz. I nagle okazało się, że ludzie stoją pod parasolami w deszczu i to czytają.
To było dla mnie fascynujące.
Mam dziś do siebie pretensje, że wydaliśmy tylko cztery tomy dokumentów dotyczących Zbrodni Lubińskiej. Dalsze publikacje są mocno utrudnione przez przepisy związane z ochroną danych osobowych.
Później powstały kolejne wystawy, które oglądali podczas wizyt w Lubinie między innymi prezydenci Lech Kaczyński i Andrzej Duda czy marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Ale my nigdy nie robiliśmy tych wystaw „pod władzę”. Robiliśmy je dla siebie i dla mieszkańców. Publikacyjnie chyba już właściwie doszliśmy do końca naszych możliwości. Są albumy fotograficzne i strona internetowa www.Lubin82, gdzie znajdują się wszystkie najważniejsze zdjęcie. Są wydawnictwa szeroko opisujące Zbrodnię Lubińską – w tym najnowsze podsumowujące w jaki sposób miasto dochodziło do tego, by nie nazywać tej tragedii Wydarzeniami Lubińskimi tylko Zbrodnią Lubińską. Chcielibyśmy wydać książkę popularną opisującą Zbrodnię Lubińską. Myśleliśmy, że Sejm ją wyda, ale skoro tak się nie stało my musimy to zrobić, bo Zbrodnia Lubińska nie znajduje zainteresowania ani w pracach IPN-u, ani polskich historyków.

„To była zbrodnia, nie wydarzenie”
Czy Lubin musiał zawalczyć o pamięć o Zbrodni Lubińskiej?
To prezydent Lubina Robert Raczyński jest autorem określenia „Zbrodnia Lubińska”. Bo wydarzeniem to jest przyjazd cioci z Ameryki z dolarami, a nie śmierć ludzi na ulicy.
To określenie bardzo szybko zostało zaszczepione w świadomości społecznej. Już w książce Andrzeja Paczkowskiego zdjęcia Krzysztofa Raczkowiaka były podpisane jako „Zbrodnia Lubińska”. Wiedzieliśmy wtedy, że wygraliśmy ważną bitwę o pamięć.
Kiedy dziś oglądam obchody Wydarzeń Grudniowych, mam satysfakcję, że my uciekliśmy od komunistycznej nowomowy.
„Ci ludzie przyjechali tu tylko na chwilę”
Jak mieszkańcy reagują na odzyskiwanie historii miasta?
Problem polega na tym, że większość ludzi przyjechała tu „na chwilę” – popracować, zarobić i wrócić. Tymczasem dziś na lubińskich cmentarzach kończą się miejsca. Zostali tutaj na zawsze.
Ci ludzie często nie mieli aparatów fotograficznych, czasu ani potrzeby dokumentowania życia. Przyjeżdżali za pracą i mieszkaniem.
Dopiero po latach zaczęliśmy odzyskiwać zdjęcia, pamiątki, wspomnienia. Mamy szyld ze stacji Lubin, przedmioty z wagonów PKP, być może KGHM dysponuje jakimiś symbolami z początków miedzi, my nie.
Mamy też problem oral history, wspomnieniami ludzi, którzy się tu osiedlili. Dwa lata przekonywaliśmy tych, którzy przychodzili do nas na imprezy senioralne i zajęcia, by się otworzyli. Jest problem, by mówić o latach 60., 70., 80. Z wielu powodów… Myślę, że boryka się z nim wiele uprzemysłowionych miast takich jak Płock, Puławy, Konin czy Bełchatów.
Muzeum poza murami
Skąd pomysł, by historię pokazywać także w plenerze?
Park Leśny, nazywany tez militarnym był miejscem nienaruszonym. Uratowała go przeszłość, krążyły informacje, że to były poligon więc mogą być niewypały. Okazało się, że to jest fajna miejscówka. Mamy tam rzeczywiście poligon ze strzelnicą przeciwpancerną do celów jeżdżących. Jest to jedna z trzech takich konstrukcji, zachowanych w Europie, a właściwie z dwóch obok norweskiej, bo ta w Kłominie koło Bornego Sulinowa jest w fatalnym stanie. Mamy tam kulochwyty, tory strzelnicze i bunkry amunicyjne. Uznaliśmy, że warto pokazać tam historię. Był dylemat I czy II wojna światowa. Wtedy właśnie obchodziliśmy stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości i stulecie wybuchu I wojny światowej, która w Polsce jest niedoceniana. Stanęło na pierwszej. Mam nadzieję, że w 110. rocznicę zakończenia I wojny światowej uda nam się ukończyć ścieżkę edukacyjną licząca prawie kilometr, bo to projekt który cały czas się rozwija. Pozostając w naszym muzealnym plenerze mamy parowóz Ty2-22 z 1942 roku, który porwaliśmy z Dworca Świebodzkiego we Wrocławiu, bo nikt go nie chciał. I mamy Chrobrego, który wita wjeżdżających do miasta od strony Zielonej Góry. Według mnie jest to wartość dodana do naszej muzealnej działalności.

„Sporadycznie w weekendy można spotkać Lubinianina”
Park Leśny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc muzealnych w regionie – prawda czy fałsz?
Gdy jestem tam w weekend i pytam ludzi, skąd przyjechali, sporadycznie trafiam na Lubinianina.
„Nie zamordowałem tej części działalności”
Czy Muzeum Historyczne nie zabiło działalności artystycznej „Wzgórza Zamkowego”?
Nie zamordowałem tej części naszej działalności. Tę sferę realizuje „Galeria Pałacyk” i jest ona dla nas bardzo ważna. Na wystawę o lubińskim środowisku muzycznym przyszło około 1000 osób, uznaliśmy to za duży sukces. Zorganizowaliśmy rok później koncert zespołów lubińskich i mam nadzieję, że w tym roku lub następnym wydamy piękny zestaw muzyczny z ich działalności, z ich historią. Ale przyznam, że to dużo bardziej skomplikowane niż zrobienie prostej wystawy na planszach czy w Parku Leśnym. Ciekawie wygląda współpraca z lokalnym środowiskiem muzycznym, ale to ciągnie się za mną już od „Muzy” (dr Marek Zawadka w latach 2003 – 2011 roku pełnił równolegle funkcję dyrektora Ośrodka Kultury „Wzgórze Zamkowe” w Lubinie i Centrum Kultury „Muza”, przyp. autor).

Cyfrowe ratowanie pamięci
Na koniec zostawiłam sobie cyfrowe ratowanie pamięci czyli Bibliotekę Cyfrową Zagłębia Miedziowego. Brzmi trochę jak sejf pamięci regionu, czy takim sejfem jest i czy taki był cel tego projektu?
„To najmniej efektowna, ale najważniejsza praca”
Trochę za późno z tym wystartowaliśmy. Długo to chodziło za mną. I z jednej strony pomogła pandemia, bo to pomysł ratować pracowników przed zwolnieniem. A z drugiej strony mieliśmy już swój duży zasób. Mieliśmy już przekazane przez Krzysztofa Raczkowiaka materiały, więc postanowiliśmy je zdigitalizować – sam jest fanem internetowych bibliotek cyfrowych, bo można tam znaleźć wiele perełek. Potem przeszedł czas na stare tytuły prasowe np. Konkrety czy Polską Miedź. Sporo zdigitalizowanych materiałów mieliśmy „w szufladach”, więc je też zaczęliśmy publikować, przynajmniej te, na publikację których pozwalało prawo. Trzeba przyznać, że szybko znaleźliśmy sprzymierzeńców tego projektu: Zagłębie Lubin, KGHM, Muzeum Miedzi w Legnicy czy Instytut Śląski w Opolu. Część lubińskich jednostek kultury wsparło tę inicjatywę, publikując swoje materiały. Sporą część zbiorów przekazały nam osoby prywatne, trochę mamy z Archiwum Państwowego, w formie na której publikację pozwala prawo. To na przykład komplet telexów z lat 1980-1983 dotyczących życia codziennego w Zagłębiu Miedziowym.
Teraz ukierunkowujemy nasze działania na 70. rocznicę odkrycia miedzi i rozwoju LGOM. Biblioteka Cyfrowa Zagłębia Miedziowego to miejsce zbiór, repozytorium – według mnie najtrudniejsza część naszej pracy, najmniej efektowna, ale bardzo potrzebna. To także obszar obciążony wieloma kwestiami formalnymi – prawnymi, technicznymi i wymagającymi licznych uzgodnień. Ale jeśli mówimy o statutowej działalności Muzeum Historycznego, to właśnie zachowanie pamięci i digitalizacja są dziś jednymi z najważniejszych zadań, jakie realizujemy.
Równolegle przygotowujemy publikacje poświęcone Zagłębiu Miedziowemu i Lubinowi, a także wystawy dotyczące kluczowych momentów w historii regionu – od Zbrodni Lubińskiej, przez powojenne losy miasta, po rozwój Zagłębia Miedziowego po 1956 roku.
Często pojawia się pytanie: dlaczego nie skupiamy się szerzej na historii Lubina sprzed 1945 roku? Odpowiedź jest prosta – wciąż mamy jeszcze wiele do odkrycia i uporządkowania w historii polskiego Lubina. To właśnie ją chcemy najpierw ocalić i utrwalić dla kolejnych pokoleń.
Już wkrótce w Telewizji Regionalnej będzie można oglądać serię programów poświęconych architekturze, a także rozmowy dotyczące okupacji sowieckiej, relacji z Rosją oraz wydarzeń z lat 1939–1945.

„Nie chcemy muzeum pełnego ekranów”
Jak chciałby Pan, żeby muzeum wyglądało za 10 lat?
Tempo zmian technologicznych jest ogromne. Sztuczna inteligencja, nowe media i cyfrowe rozwiązania zmieniają nasze potrzeby oraz sposób postrzegania świata. My jednak chcemy iść trochę pod prąd tych trendów.
Dlatego stawiamy między innymi na Rok Rzemiosła i działania związane z pracą manualną. Coraz wyraźniej widać, że ludzie mają potrzebę powrotu do rzeczy autentycznych – poza internetem, mediami społecznościowymi i cyfrowym przebodźcowaniem.
Nie chcemy ślepo podążać za modą na kolejne interaktywne ekrany czy technologiczne fajerwerki. Ten etap zachwytu nad „dotykowymi muzeami” w wielu miejscach już powoli mija. Zresztą w najlepszych muzeach, chociażby brytyjskich, w centrum wciąż pozostaje artefakt i prawdziwa historia. U nas zaś przede wszystkim odtwarzanie miejsc, narracyjność, mniej zaś artefaktów. To wymaga i dużych środków i przestrzeni na ich przechowywanie i renowacje.
Chcemy tworzyć miejsce, do którego ludzie będą przychodzić po autentyczne doświadczenie kontaktu z przeszłością. Muzeum Historyczne ma przede wszystkim opowiadać o konkretnych wydarzeniach, ludziach i czasach, pozwalać na chwilę przenieść się w inną epokę, spojrzeć na świat oczami dawnych pokoleń.
Może dlatego jest mi to tak bliskie — zawsze fascynowały mnie historie o podróżach w czasie i przestrzeni. I trochę właśnie tym powinno być muzeum: możliwością odbycia takiej podróży.
Co jeszcze jest do zrobienia, do opowiedzenia?
Historii do opowiedzenia wciąż jest bardzo dużo. I tych wielkich, ważnych, ale też tych codziennych, zwyczajnych, które często najlepiej pokazują, czym naprawdę żyło miasto i jego mieszkańcy.
A na koniec opowiem może trochę lżejszą historię. Ostatnio siedziałem przy wejściu do ORP „Orzeł” w Parku Leśnym, obok biegało małe dziecko, które było z rodzicami. Chwilę porozmawialiśmy i nagle padło pytanie: „Jakie jeszcze macie plany?”. Odpowiedziałem pół żartem, pół serio, że może kiedyś stworzymy jakiś plac aktywności dla seniorów. Na co usłyszałem: „Widzę, że już pod siebie się robi”. To też trochę z perspektywy tych dziesięciu lat… (śmiech)
Dziękuję za rozmowę.
Ja również dziękuję i zapraszam do Parku Leśnego, Muzeum, do Pałacyku, pod Chrobrego i na stację.
Rozmawiała Majka Grohman
Wywiad pochodzi z wydania specjalnego „Wiadomości Lubińskich” powstałego w kooperatywie z „Magazynem Muzealnym”, który ukazał się 3 czerwca




