Nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Bo okazuje się, że głupota ludzka nie zna granic! „Nie odzywam się z żoną. Proszę, aby policjanci przyjechali i spytali ją, gdzie są kluczyki od samochodu” albo „Nie odzywam się z żoną, a ona od kilku dni nic nie robi w gospodarstwie. Proszę przyjechać i nakazać jej zajęcie się nim” – to tylko nieliczne z przykładów, z jakimi mieszkańcy naszego powiatu dzwonią na policję. Co gorsza, dla żartu wzywają też pogotowie, zapominając, że w tym czasie ktoś naprawę może potrzebować pomocy ratowników.
Tylko wczoraj służby odnotowały dwa fałszywe zgłoszenia. Na pogotowie zadzwonił 34-letni mężczyzna. Powiedział, że natychmiast potrzebuje pomocy, bo drętwieją mu nogi. Zespół pogotowia nie mógł dostać się do mieszkania, więc na miejsce kierowane były następne służby.
– Policjanci wraz z ratownikami próbują dostać się do środka, ale nikt się nie odzywa. Powiadamiają straż pożarną, która wyważa drzwi. Wewnątrz nikogo niema – relacjonuje aspirant sztabowy Jan Pociecha, oficer prasowy lubińskiej komendy. – Po chwili z ukrycia wychodzi zawiadamiający mężczyzna, który cały czas obserwował akcję służb ratowniczych. Jak tłumaczył policjantom, zaalarmował pogotowie, bo się zestresował – dodaje.
34-latek został ukarany 500-złotywym mandatem. Z karą musi się też liczyć 55-letnia lubinianka. Kobieta, także wczoraj, zadzwoniła do dyżurnego lubińskiej policji informując, że przed chwilą telefonicznie skontaktowała się z nią córka i poinformowała, że jej 2-letnie dziecko nie oddycha.
Pod wskazany adres natychmiast zostało skierowane pogotowie oraz policja. – W mieszkaniu nikogo nie ma, nikt nie otwiera drzwi. Funkcjonariusze ustalają, że matka dwulatka wyszła z domu, sąsiedzi nie widzieli dziecka. Policjanci cały czas próbują ustalić gdzie jest. W końcu odnajdują ją – opowiada rzecznik policji.
Jak się okazało, z dzieckiem wszystko w porządku. Jego matka dwa dni wcześniej pokłóciła się z babcią 2-latka. Panie się nie odzywały.
Funkcjonariusze dotarli do zgłaszającej – była pijana. Nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć swojego zachowania. – Sprawa trafi do sądu. Za bezpodstawne zaalarmowanie służb ratunkowych grozi kara aresztu, ograniczenia wolności lub grzywna do 1,5 tys. zł. Ponadto w obu przypadkach służby ratunkowe mogą wystąpić o zwrot kosztów przeprowadzenia niepotrzebnej akcji – zaznacza Jan Pociecha.
To tylko dwa przypadki, ale – jak mówi rzecznik – lubinianie dzwonią z wieloma błahymi sprawami. – Pamiętajmy, że numery alarmowe służą do ratowania życia i zdrowia, a nie rozwiązywania konfliktów czy też po prostu zabawy. Ludzie dzwonią z błahostkami, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób angażują służby ratunkowe, które w tym czasie mogą być potrzebne tam, gdzie naprawdę ktoś może potrzebować ich pomocy – podkreśla oficer prasowy. https://youtu.be/GzWDlCD5XQQ





