Chcą normalności!

3152

– Mamy dość, nie będziemy dłużej czekać! Stawką jest życie i przyszłość naszych rodzin, przyszłość tego kraju – mówią nam restauratorzy z Lubina, którzy wzorem przedsiębiorców z Karpacza, chcą przeprowadzić w naszym mieście referendum i zapytać mieszkańców czy godzą się na obowiązujące obostrzenia. O ich decyzji przesądził ostatni komunikat rządu, który w poniedziałek po południu ogłosił, że restauracje, hotele, siłownie czy stoki narciarskie nadal pozostaną zamknięte. Przynajmniej do końca stycznia. – Liczymy, że wzorem Podhala czy Karpacza, ludzie się obudzą i będą chcieli działać – mówi nam Joanna Rychlewicz, właścicielka restauracji „Dolce Vita”.

Fot. Halfpoint/Adobe Stock

Sytuacja w kraju robi się coraz trudniejsza. Zamknięte od miesięcy biznesy to dla wielu przedsiębiorców walka o przetrwanie. – Ta rządowa pomoc jest znikoma. Tyle się mówi w telewizji, że dostajemy wsparcie, że są Tarcze, ale czy ktoś sprawdził jaka jest ta rzeczywista pomoc? – pyta Joanna Rychlewicz.

Lubinianka wskazuje, że w październiku jej branża została zamknięta po raz kolejny. – I zostaliśmy pozostawieni właściwie sami sobie. Pomoc finansowa, o której mówiono tyle w telewizji, zaczęła spływać dopiero pod koniec grudnia. Ale co to jest za pomoc? Jeden miesiąc zwolnienia z podatku, jednorazowa wypłata niewiele ponad 2 tysiące złotych, mogę się też starać o jednorazowe wsparcie w kwocie 5 tys. zł z urzędu pracy, jeśli zadeklaruję, że przez trzy miesiące utrzymam firmę. A ja samego ZUS-u za siebie płacę co miesiąc 1,5 tys. zł. Do tego inne rachunki, pracownicy… Jaka to jest pomoc? – pyta.

Fot. Eric Mclean/unsplash.com

Na początku tego tygodnia, właśnie z inicjatywy pani Joanny, odbyło się spotkanie drobnych przedsiębiorców, którzy prowadzą lokale gastronomiczne w Lubinie. Kluczowe pytanie – czy nadal stosować się do wytycznych rządu czy jednak otwierać lokale?

– Ja wiem jedno – w Polsce najważniejsza jest Konstytucja. A te kolejne rozporządzenia są wbrew Konstytucji, łamią nasze prawa obywatelskie. Mówią o tym kolejne wyroki sądu – przekonuje lubinianka. I zaraz dodaje: – Moja restauracja mieści się na Ustroniu, naprzeciwko Biedronki. Tam dziewczyny codziennie przychodzą do pracy na kasę, ciągle są tłumy klientów i nikt nie choruje. Ale u mnie przy zdezynfekowanych stolikach to już można się zarazić, tak? Na początku też się bałam tego wirusa i dziś jestem na siebie jeszcze bardziej zła, że dałam się omamić. Gdy pierwszy raz pozwolono mi otworzyć lokal dbałam o bezpieczeństwo moich klientów i nikt u mnie nie zachorował. Dziś wiem na pewno, że jestem w stanie przestrzegać tych wytycznych sanitarnych i że mam już dość tego lockdownu – podkreśla.

W wielu polskich miastach restauratorom, hotelarzom, właścicielom klubów fitness czy klubów tanecznych zaczynają puszczać nerwy. Mówią dość i kolejno otwierają swoje biznesy. Mimo obowiązujących zakazów, mimo obostrzeń. Powstała nawet mapa, gdzie można sprawdzić jaki lokal już się otworzył, można dopisać kolejne. Od poprzedniego weekendu w pobliskim Wrocławiu otwarte są pojedyncze siłownie, restauracje i dyskoteki. Inicjatorem tych działań jest Partia Strajk Przedsiębiorców. Tak właśnie o sobie mówią. Jak podkreślają jej inicjatorzy, skoro rządzącym politykom wolno się spotykać bez limitów, skoro mogą nawet organizować koncerty sylwestrowe, to oni w poprzedni weekend zorganizowali zjazd działaczy partyjnych w klubie tanecznym. Policja przyjechała, spisała bawiących się w klubie gości i… odjechała.

Fot. Pixabay.com

Przedsiębiorcy wskazują, że ich tłumaczenia są jak najbardziej adekwatne do sytuacji, w jakiej się zna leźliśmy. – Sytuacja jest kuriozalna – mówią wprost. – W sklepie, w kościele… – tam się nie zarażamy. Ale już na siłowni czy w restauracji to tak? Otwórzmy oczy – apelują.

Na reakcję większej grupy liczą właśnie drobni przedsiębiorcy z Lubina. Drobni, bo ci więksi – zatrudniający co najmniej 10 osób – lada moment powinni otrzymać finansowe wsparcie od rządu. To tzw. Tarcza Finansowa PFR.

– Średni przedsiębiorcy podczas naszego spotkania nie kryli, że mają dostać od 18 do 36 tys. zł na pracownika. To już są jakieś pieniądze, które przez chwilę pomogą im przetrwać. Więc mówiąc wprost oni na razie nie chcą się wychylać. My musimy działać, chodzi o przyszłość naszych rodzin, chodzi o to, by gospodarka w kraju się nie rozsypała – podkreśla właścicielka pizzerii „Dolce Vita”.

Lubinianka nie kryje, że wkrótce zamierza otworzyć swój lokal, na razie tylko ogródek. Ale wcześniej musi to dobrze przemyśleć i zaplanować. Chce też poznać opinie mieszkańców i dowiedzieć się, czy wrócą do lokali, które otworzą się mimo wszystko. – Stąd referendum, które szykujemy – podkreśla. – Karpacz ma już dość, górale z Podhala też postawili się rządowi i zapowiedzieli, że otworzą swoje biznesy, my też musimy zacząć działać – uważa.

Fot. Pixabay.com

Na ten moment opinie są różne. Przemysław Tadla, właściciel kilku klubów sieci Fit Arena w całym kraju, w tym dwóch w naszym mieście, również nie kryje, że ma dość zamknięcia i strat, jakie generują jego lokale.

– Najchętniej też poszedłbym w ślad tych, którzy się sprzeciwiają decyzjom rządu i otwierają swoje lokale, ale z drugiej strony ja mam kilka lokali i za dużo do stracenia. Wciąż jeszcze czekamy, choć ta cierpliwość powoli zaczyna się nam kończyć, tym bardziej, że od kilku miesięcy nie otrzymaliśmy żadnego wsparcia od rządu. Te pieniądze mają do nas dotrzeć, ale wciąż jeszcze nie dotarły. A pracownicy, rachunki, koncesje, podatki – to wszystko kosztuje – podkreśla.

Jak mówi, Polska Federacja Fitness, do której należy, wkrótce podejmie decyzje co dalej. – Coraz więcej jej członków jest skłonnych otworzyć się od lutego. Bo coraz mniej z nas ma nadzieję, że w lutym coś się zmieni. Wkrótce mamy zaplanowane spotkania i na pewno podejmiemy jakieś decyzje – zapewnia Przemysław Tadla.