„Ariaci”, czyli powrót Hrabi do Lubina

4067

Na osiemnastkę chcieli zrobić prywatkę. Zaprosiliby na nią swoich przyjaciół, którzy wręczaliby im prezenty. Plany te pokrzyżowała jednak epidemia koronawirusa, ale może za rok, na 20-lecie działalności, uda się je zrealizować.

Na pierwszym planie: Dariusz Kamys i Joanna Kołaczkowska. W tle Łukasz Pietsch Fot. CK Muza/Jacek Martyneczko

Hrabi, bo o nich mowa, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych grup kabaretowych w Polsce. Formacja powstała w 2002 r., ale publiczności znani byli już dużo wcześniej. Niektórzy uważają, że przy okazji szczepień powinno się ich zakwalifikować do grupy 0, bo – tak jak medycy – leczą ludzi, tyle, że śmiechem.

Niedawno artyści po raz kolejny odwiedzili swoje rodzinne strony. W Centrum Kultury „Muza” w Lubinie wystąpili ze swoim najnowszym programem „Ariaci”. Wykorzystaliśmy tę okazję, żeby porozmawiać chwilę z mistrzami dobrego humoru, z których połowa składu pochodzi z naszego miasta. Zapraszamy do lektury.

W rozmowie uczestniczyli: Joanna Kołaczkowska (JK), Dariusz Kamys (DK) oraz Tomasz Majer (TM). Zabrakło Łukasza Pietscha i Czesława Jakubca, którzy przygotowywali się do występu.

O czym jest Wasz najnowszy program „Ariaci”? Mocno różni się on od dotychczasowych. Jest to zupełnie nowa odsłona kabaretu. Podobno można tam znaleźć „śladowe ilości opery”?

JK: Tak. Jeszcze różni się tym, że tym razem jest nas o jedną osobę więcej. Mamy ze sobą wykształconego śpiewaka operowego, ale jednocześnie takiego trochę komedianta. Człowieka, który łączy te dwa światy. On nas uczył śpiewać i przybliżył nam ten świat operowy, bo opera to jedna z najbardziej zaniedbanych dziedzin sztuki, najmniej rozpropagowana, najmniej doceniana i oswojona. Bardzo mało ludzi się nią interesuje, w tym również my. Ja dosyć skromnie bywałam na operze, raczej w szkole średniej.

DK: Ja jeżeli już, to tylko słuchałem opery. A to jest naprawdę piękny kawałek sztuki i szkoda było tego pomijać w swoim życiu. Zawsze to warto zgłębić, tym bardziej, że jest to naprawdę sztuka przez duże „Sz”.

JK: Ale dzięki Czesiowi, bo mówimy o Czesławie Jakubcu, zaczęłam chodzić na operę, oczywiście, gdy jeszcze była taka możliwość. Byłam na kilku spektaklach operowych, no i rzeczywiście żałuję, że dotknęło mnie to tak późno.

TM: Poza tym uznaliśmy, że to bardzo fajne, że kabaret bierze się za tak poważną dziedzinę sztuki.

JK: Ale oczywiście wiadomo, że przy tym wszystkim się wygłupiamy.

Za rok kabaret Hrabi będzie obchodził 20-lecie swojej działalności. Oczywiście na scenach występujecie znacznie dłużej, bo graliście też w różnych innych formacjach. Jak możecie krótko podsumować ten czas?

JK: Na pewno jesteśmy zaskoczeni, że to tak szybko minęło. Pamiętam, że początek był bardzo intensywny. Wtedy się rozwijaliśmy, poznawaliśmy się, choć wiadomo, że w dużej mierze znaliśmy się wcześniej. Ale dany twór, jeśli się składa z pojedynczych osobowości, musi się nauczyć współpracować i funkcjonować razem. Pamiętam pierwszych pięć, sześć czy siedem lat, a później nie wiem, jak to strzeliło. Czas straszliwie pędził. To też świadczy o tym, że nam się dobrze pracowało, bo jak szybko mija czas to znaczy, że było fajnie. Wiadomo, że bardzo się zmieniliśmy i wielu rzeczy się nauczyliśmy. Widzimy też, że nie brakuje nam odwagi i pewności siebie.

DK: Trochę nam pandemia pokrzyżowała szyki, bo mieliśmy fajny pomysł na wejście w pełnoletność. Chcieliśmy zrobić sobie prywatkę. Nie żadne benefisy, bo nie należymy do tych, co lubią takie oficjalne spotkania. To miała być taka normalna zwykła prywatka, gdzie bylibyśmy beneficjentami w tym sensie, że ludzie przynosiliby nam prezenty i z bawilibyśmy się z przyjaciółmi. To byłoby dla nas bardzo fajne towarzyskie spotkanie.

JK: Może na dwudziestkę się uda. Dwudziestka to też jakaś dojrzałość. Ogólnie przyznam, że sama jestem zaskoczona tym, ile materiałów, programów i różnych przedsięwzięć pobocznych powstało w tym czasie.

Czesław Jakubiec, Dariusz Kamys i Tomasz Majer. Fot. CK Muza/Jacek Martyneczko

Czy towarzyszy Wam jeszcze trema przed występami?

TM: Tak, chociaż ciężko nazwać to tremą. To nie jest trema, która by paraliżowała. Raczej mobilizacja i przyjemny dreszczyk emocji i ekscytacji, zwłaszcza po takie przerwie.

Chyba po takich doświadczeniach jak „Spadkobiercy” chyba już nic Was na scenie nie zaskoczy?

JK: Rzeczywiście, chyba nic nas nie zaskoczy, ale jest ten rodzaj napięcia. Myślę, że bez tego napięcia, takie wyjście na scenę ot tak, się nie uda. Nie będzie emocji. Myślę, że z tego napięcia wynika energia, czyli to, co ludzie czują, co się przenosi ze sceny na widownię. Oprócz tego, że jest śmiech i że jest reakcja to trzeba czuć, że jest taka energia i chęć grania. Ta obopólna radość jest ważna. Ona sprawie, że ten spektakl się odbywa. Komedia musi taka być.

DK: Oprócz „Spadkobierców” bawimy się dość regularnie w spektakle improwizacyjne z ludźmi z teatru Ab Ovo z Warszawy. To tak a propos trudnych sytuacji i radzenia sobie na scenie. To doświadczenie z różnych stron nam pomaga w radzeniu sobie na scenie. Wiadomo, że w improwizacji wszystko się może wydarzyć i wszystkiego się można spodziewać. Dlatego na scenie w normalnym programie, jeżeli coś się rozkraczy czy sypnie, to nikt nie wpada w panikę.

A co, jeśli zdarzy się Wam zapomnieć tekstu? Mieliście takie sytuacje?

TM: Oczywiście, że zdarza się. Wtedy właśnie pojawiają się takie sytuacje, na które widzowie czekają. To są najfajniejsze momenty w programie, oprócz oczywiście wszystkich wymyślonych. Widz wtedy widzi naturalną reakcję jakiegoś zażenowania.

DK: Myślę, że zażenowanie to nie jest dobre słowo. Widz lubi to, że gdy artysta się pomyli, to nie czuje się z tym źle. W tym sensie, że się nie zdenerwuje, tylko sam się z tego śmieje. Wtedy widz chętnie się dołączy do tego śmiechu, do tej zabawy.

TM: Ja się zawsze czuję zażenowany (śmiech).

DK: Ale nauczyliśmy się jednej rzeczy. Jeśli zdarza się taka wpadka to albo nam się uda to wyimprowizować tak, że widz nic nie wie, a jeżeli już jest taka wtopa, że to widać, to nie ukrywamy tego i brniemy w to. Przyznajemy się do tego i mówimy, że była wtopa. Śmiejemy się z tego razem z widzami. To też buduje atmosferę wzajemnego zaufania.

Fot. CK Muza/Jacek Martyneczko

Ze względu na epidemię miniony rok był zupełnie inny niż poprzednie. Jak Wy sobie z tym radzicie?

TM: Przenieśliśmy się do sieci, czyli powstała telewizja hrabi.tv. Do tego staramy się regularnie nagrywać różne filmiki, zrobiliśmy teledysk do piosenki.

DK: Bajer (Tomasz Majer – przyp. red.) ma na przykład swój cykl „Kuchnia z Bajerem”.

TM: Kamol (Dariusz Kamys – przyp. red.) odpalił „Umiej z Kamolem”, a Aśka odpaliła wróżkę Elę. To wszystko można zobaczyć na hrabi.tv. Później ustaliliśmy, że archiwalne odcinki przekazujemy do YouTuba dla wszystkich. Na YouTube uruchomiliśmy też nasz kanał, o który dbamy. Raz w miesiącu staramy się, żeby były spotkania online, czyli na żywo z sympatykami. Tam też są nagrane nasze programy impro.

DK: Reasumując, jeżeli nie możemy występować, to mamy dużo czasu. Ten czas jest inwestycją w naszą przyszłość. Inwestujemy go w te wszystkie twory internetowe.

Jak w takiej sytuacji utrzymujecie kontakt z publicznością?

DK: Nie ma tego żywego kontaktu. My znamy naszą widownię, która przychodziła na nasze występy i wiemy, że oni nas oglądają. Na to też liczymy.

TM: Poza tym, jak jest impro, to mamy na czacie kontakt z publicznością. Jeżeli prosimy o jakieś inspiracje, to oni nam podrzucają wiele pomysłów. Po ilości lajków i po komentarzach widzimy, że nas oglądają.

DK: Dla mnie osobiście pandemia jest czasem o tyle fajnym, że zintensyfikowałem swoją pasję malowania. Zawsze mi brakowało na to czasu, a teraz nagle miałem go tak dużo, że mogłem się temu poświęcić i – co mnie cieszy – okazało się to owocnym przedsięwzięciem.

Jak z perspektywy czasu możecie ocenić polską scenę kabaretową sprzed 20 czy 30 lat, a obecną? Niektórych grup już nie ma, a w ich miejsce powstały nowe. Czy Waszym zdaniem poczucie humoru wśród Polaków się zmieniło?

DK: Zmieniły się w pewne zasady. Okazuje się, że kabaret jest najszybszą formą zrobienia tak zwanej kariery. Bo telewizja ma takie ssanie na kabarety, że grupy, które ledwo zaczną działać, już się zaczynają pojawiać w telewizji. Tych kabaretów pojawiło się ostatnio bardzo dużo w telewizji. Kiedyś tego nie było. Moim zdaniem tamte kabarety były bardziej artystyczne, bardziej poszukujące i eksperymentujące. A teraz bardziej odpowiadają na zapotrzebowania telewizji. Czyli trzeba dużo i szybko, co przekłada się negatywnie na poziom. Ten poziom niestety nie jest najwyższych lotów.

Uważam, że jeśli coś się bardzo upowszechnia to ten poziom musi spaść. Moim zdaniem poziom kabaretu i rozśmieszania, który stara się przypodobać jak największej grupie ludzi, to musi ulegać pewnej degradacji. Masa niestety ciągnie poziom sztuki w dół. Ogólnie ten poziom według mnie jest coraz niższy, ale są zespoły i artyści, którzy idą swoją własną drogą i na szczęście jakoś sobie z tym radzą.

TM: No i ciągle cieszymy się, że nie robimy kabaretu politycznego, który się szybko dezaktualizuje.

Fot. CK Muza/Jacek Martyneczko

Tego miało dotyczyć następne pytanie, bo kabaret Hrabi nigdy lub bardzo rzadko porusza tematy polityczne w swoich skeczach. Z czego to wynika?

DK: Polityka jest tematem bardzo smutnym. Strasznie jej nie lubimy. To jest taki smutny świat, przygnębiający oraz dzielący widownię i Polaków. Chcemy być dla tych ludzi, którzy lubią kabaret Hrabi, a nie dla sympatyków określonych opcji politycznych. Wydaje nam się, że ludzie, którzy przychodzą na nasze spektakle, cieszą się, że mogą odpocząć od tej polityki. Dla nich to jest taki oddech.

TM: Wolimy raczej humor uniwersalny, który wielu dotyczy i w którym wielu znajduje swoje elementy życiowe.

Część z Was jest związana z Lubinem lub ogólnie z regionem Zagłębia Miedziowego. Macie tutaj rodziny i znajomych. Utrzymuje jeszcze kontakt z tym miejscem i ludźmi stąd?

DK: Tak, dokładnie troje z nas. Bajer jest z Głogowa, a my z Aśką z Lubina. Lopez (Łukasz Pietsch – przyp. Red.) jest z Gubina, także tylko on nie ma nic wspólnego z Dolnym Śląskiem. W Lubinie mieszka moja mama, moja siostra z mężem, siostrzeńcy i siostrzenica. W tym mieście mam rodzinę i mnóstwo znajomych. Aśka też tu ma rodziców. Utrzymujemy ten kontakt. Chociaż nie jest on tak intensywny jak kiedyś, ale jest.

TM: Ja od 20 lat mieszkam w Warszawie i jak słyszę cokolwiek związanego z Głogowem to zawsze mi serce mocniej bije. Moja mama do dzisiaj mieszka w Głogowie. Chętnie do niej przyjeżdżam i cieszę się, jak zmienia się to miasto. Pamiętam z dzieciństwa, gdy chodziłem po ruinach Starego Miasta, to były tylko kościoły. Dzisiaj jest już Stare Miasto, jest piękny deptak, jest coraz fajniej.

DK: Ale największa jazda jest z Polkowicami, które kiedyś były małym miasteczkiem, taką wsią z blokami, a dzięki kasie zrobiło się tam ładnie i sympatycznie.

TM: Pamiętam, jak dojeżdżałem linią „A” pospieszną z Głogowa do Legnicy, bo tam jeździłem do rodziny, i zawsze czekałem, kiedy ten Lubin i Polkowice się skończą, bo ja chcę do tej Legnicy (śmiech).

A na tej scenie który raz występujecie?

DK: Występowaliśmy tu jeszcze jako kabaret Potem, a jako Hrabi też dość regularnie tu pojawiamy. Od wielu lat znam się z dyrektor Muzy, z panią Małgorzatą Życzkowską-Czesak. Znamy się jeszcze z czasów młodości.

Jak powstają Wasze skecze? Jak to wyglądało w czasach normalności, a jak wygląda teraz?

DK: Mamy wypracowany schemat. Przede wszystkim mamy bardzo dużo spostrzeżeń z życia. Jesteśmy dosyć wnikliwymi obserwatorami. Często jest tak, że rozmawiamy o czymś, jakiś żart gdzieś wpadnie, to od razu człowiek się zastanawia, czy to się nadaje na scenę. Zapisujemy sobie te pomysły. Poza tym to wcześniej wymyślamy sobie temat i dużo o nim rozmawiamy i piszemy. Różnie piszemy, Aśka pisze, ja piszę, Czesław też pisał, Władek Sikora, lider kabaretu Potem cały czas dla nas pisze, Krzysiek Kołaczkowski. I tak zbieramy cały materiał, a później spotykamy się na pięć, sześć dni w jednym miejscu i od rana do wieczora pracujemy. Po takim zgrupowaniu jest pokaz premierowy.

TK: Pomysły czerpiemy też z improwizacji, z różnych sytuacji, które nas zaskakują. Z tego napięcia też powstają nowe rzeczy, które często zostają już w programie. Przez okres naszej działalności powstało 18 różnych programów tematycznych. Myślę, że to całkiem niezły dorobek.

Fot. CK Muza/Jacek Martyneczko

Co sądzicie o internecie jako medium?

DK: Internet staje się powoli medium wiodącym. Młodzi ludzie coraz rzadziej oglądają telewizję. Nasze pokolenie, ludzi w średnim wieku jeszcze jest przyzwyczajona do telewizji. Widzę to po swoich dzieciach. Mój syn ma 23 lata, a córka 16 lat i oni prawie w ogóle nie oglądają telewizji. Oni w internecie znajdują to, co ich ciekawi. W przypadku telewizji muszą na coś czekać, podczas gdy w sieci mają wszystko tu i teraz. Mogą w każdej chwili sobie coś obejrzeć i w każdej chwili wyjść. Nam, pomimo doświadczenia i wieku, chyba cały czas udaje się zachować świeże spojrzenie. Staramy się ciągle być na czasie. Obserwujemy pewną tendencję i w telewizji jest nas bardzo mało, ale coraz bardziej wchodzimy w internet, bo mamy świadomość tego, że to jest przyszłość.

Co sądzicie o coraz bardziej zyskującym na popularności stand-upie jako alternatywy dla tradycyjnego kabaretu?

DK: Powiem szczerzę, że ja nie przepadam. Po pierwsze wiadomo, że to jest naśladownictwo, bo w żaden sposób nie jest to polski format. Zostało to przywleczone ze Stanów Zjednoczonych. Ale tego się nie czepiajmy. Dla mnie tak naprawdę jedynym artystą, którego mogę bezkrytycznie od początku do końca oglądać, słuchać i cieszyć się tym, co robi, jest Abelard Giza. Mówi o rzeczach mądrych w sposób bardzo błyskotliwy i inteligentny. Co do reszty, to różnie to bywa. Może jestem staroświecki, ale ta forma, która dotyka już tak bardzo intymnych spraw ludzkiego życia, przy użyciu dość frywolnego języka, to już przekracza granice mojej wrażliwości. Dlatego bardzo szanuję Abelarda, dlatego, że on nawet jeżeli używa słowa, tonie ma to znaczenia. On mówi o ciekawych rzeczach, ma wielki zmysł obserwacji i potrafi to świetnie przełożyć na monolog. Ma super kontakt z widownią. Ma wdzięki i naprawdę ma wszystko.

Jakie macie plany na najbliższy rok, a jakie na najbliższa dekadę?

DK: Plany na najbliższy rok i najbliższe 10 lat są te same, czyli grać, występować, robić nowe programy i dalej tworzyć. Mamy nadzieję, że sytuacja wróci do normalności. Myślę też, że każdy z nas będzie szedł swoją własną, prywatną ścieżką rozwoju. Bo wiadomo, że wszyscy jesteśmy dla kabaretu i kabaret jest dla nas. I to jest najważniejsze. Ale każdy z nas na boku robi różne fajne rzeczy. Ja na przykład zamierzam kontynuować swoją przygodę z malowaniem, bo to mnie cieszy i daje dużo radości. Jak okazuje się, nie tylko mi. No i na pewno będziemy eksplorować internet w większym zakresie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Szymon Kwapiński

Fot. CK Muza/Jacek Martyneczko