52 lata z innym nazwiskiem!

29

Przez 52 lata, czyli od dnia ślubu, była przekonana, że nazywa się Steinke. Ale na początku tego roku upłynął termin ważności jej dowodu osobistego. Poszła więc do urzędu, by wyrobić nowy dokument. I tutaj zaczęły się schody. Bo w lubińskim magistracie okazało się, że pani Helena w dokumentach figuruje jako Śteinke. Nowego dowodu więc nie dostanie, dopóki nie wyjaśni się sprawa pomyłki. – Straciłam pół roku, mnóstwo nerwów i jeszcze 200 zł na nowe dokumenty. Ktoś zawinił, a ja miałam mnóstwo problemów. Dlatego chcę, by winni ponieśli tego konsekwencje – podkreśla Helena Steinke.

Dowód pani Heleny ważny był do lutego. W styczniu poszła więc do urzędu. Złożyła wniosek i czekała na nowy dokument. Ale zaraz okazało się, że tak szybko go nie dostanie.

– Urzędnicy wezwali mnie, bo okazało się, że według aktu stanu cywilnego moje nazwisko to Śteinke. I że nikt mi dowodu nie wyrobi, dopóki sprawa się nie wyjaśni – denerwuje się kobieta. – I tak zaczęła się moja tułaczka po urzędach – opowiada.

Kobieta pochodzi z okolic Poznania, a jej mąż – z Górnego Śląska. Potrzebne były odpisy zupełne aktu urodzenia małżonka – który potwierdzałby jego właściwe nazwisko – oraz podobny odpis aktu małżeństwa. – Pisałam, czekałam, dzwoniłam i płaciłam za wydanie tych dokumentów. Chociaż mojej winy w tym wcale nie było. Przecież człowiek nie wie, jakie dokumenty są w urzędach i co urzędnicy w nich wpisują – tłumaczy Helena Steinke.

Lubinianka w końcu otrzymała wymagane dokumenty, a lubiński urząd wydał jej nowy dowód osobisty. Okazało się, że pomylił się któryś z urzędników w Dąbrowie Górniczej. 52 lata temu, kiedy wypisywano akt małżeństwa jej i małżonka! Tamtejszy urząd nie zamierza jednak dochodzić jak doszło do pomyłki. W piśmie, które otrzymała lubinianka, magistrat informuje, że doszło do oczywistego błędu pisarskiego, który został już sprostowany. W związku z tym nie czuje się winny, ani nie zamierza zwracać kobiecie poniesionych kosztów.

Ale kobieta ma też żal do lubińskiego magistratu. Bo to kolejny dokument, który tutaj wyrabiała. – Wcześniej wyrabiałam dowód w 2004 roku. I nie było żadnego problemu, wtedy nikt nie zauważył błędu. A w 2014 – kiedy stracił ważność – nagle ktoś dopatrzył się błędu. I jeszcze mnie obarczano odpowiedzialnością – denerwuje się lubinianka.

Dlatego nadal zamierza dochodzić swoich praw. – Chciałabym, by urzędnicy mnie przeprosili i oddali stracone pieniądze. I żeby ludzie wiedzieli, że teraz na każdym kroku trzeba uważać – przestrzega.

Jak poinformował nas rzecznik prezydenta Lubina Jacek Mamiński – przepisy nie przewidują w tym przypadku zwrotu kosztów.

– Niestety takie błędy czasem się zdarzają – dodaje Jacek Mamiński. – Najpierw ta pani, otrzymawszy akt małżeństwa, nie zwróciła uwagi podczas sprawdzania, czy wszystko się zgadza. Następnie urzędnik w 2004 roku wydając dowód również przeoczył błąd. Teraz pomyłka wyszła na jaw – mówi.


POWIĄZANE ARTYKUŁY