Małgorzata Popowicz znów wróciła z mistrzowskim tytułem, ale za złotem z Belgradu kryje się coś więcej niż tylko wygrane walki. To historia wielkiej pasji i zaangażowania, trenerze, który w wieku 68 lat wciąż „tarczuje”, i zawodniczce, która po blisko 50 amatorskich pojedynkach mówi: „Lecimy dalej”.

O jej triumfie na Mistrzostwach Europy IMMAF w Belgradzie już pisaliśmy. Tym razem warto zajrzeć nieco głębiej, za kulisy sukcesu zawodniczki Strefy Walk Lubin. Bo choć w oktagonie wszystko wyglądało jak kontrolowana dominacja, sama mistrzyni studzi emocje.
– Na Mistrzostwach Europy tym razem miałam tylko dwie walki. Ze względu na to, że wygrałam sobie Mistrzostwa Świata, to miałam pierwszy los w pierwszej walce. Pierwsza z Gruzinką, druga z Ukrainką. Obie walki wygrałam na pełnym dystansie. Udało mi się zdominować przeciwniczki, także wszystko w 90 procent według planu – mówi.
Te „90 procent” to jeden ze smaczków całego występu. Bo nawet po złotym medalu Popowicz nie mówi o perfekcji. Przyznaje, że rywalki miały swoje momenty i że na tym poziomie nie ma miejsca na dekoncentrację.
– To jest najwyższy poziom, więc tak naprawdę nie ma tam słabych przeciwniczek. Nigdy nie jest tak, że to jest walka do jednej bramki – podkreśla.

Jednocześnie nie ukrywa, że jej najmocniejszą stroną pozostaje stójka. To właśnie tam w Belgradzie zdominowała zarówno Gruzinkę w półfinale, jak i Ukrainkę w finale. – Ta stójka to moja płaszczyzna, w której czuję się najlepiej. No i wszystko zagrało według planu – dodaje.
Za tym planem stoi jednak cały sztab ludzi. W rozmowie szczególnie wybrzmiewa postać trenerów. – Mam bardzo dobrych trenerów, tutaj trener Staszek Gracjan od stójki i mój trener Marek Węgierski, który ma już 68 lat i dalej tarczuje, więc to ich zasługa – mówi z uznaniem. Obraz 68-letniego szkoleniowca pracującego na tarczach z mistrzynią Europy pokazuje, jak wiele w tym sporcie zależy od relacji i doświadczenia.
Popowicz ma na koncie już blisko 50 walk amatorskich. To liczba, która robi wrażenie, szczególnie że mówimy o zawodniczce, która w krótkim czasie sięgnęła po mistrzostwo Polski, świata i Europy. Na swoje wywalczone tytuły reaguje z charakterystyczną skromnością.
– W sumie dziwnie się z tym czuję, że udało się aż tyle zdobyć – przyznaje. I zaraz dodaje: – Codziennie pracuję na ten sukces, daję sobie 200 procent każdego dnia, staram się dbać o każdy szczegół, od diety po przygotowania, wszystko. Po prostu ciężka praca popłaca.

Co ciekawe, mimo indywidualnego charakteru MMA, sama mistrzyni mocno akcentuje zespołowość.
– Niby MMA to sport indywidualny, ale tak naprawdę to nie. Bardzo dużo osób mi tutaj pomaga, bez których nie udałoby mi się zdobyć tego sukcesu. Zaczynając od trenerów, po sponsorów, wiele innych osób, które codziennie dokładają te cegiełki – mówi. Podkreśla też, że miała szczęście trafić do klubu, w którym wszyscy pracują na jej sukces i wzajemnie się wspierają.
Największą zmianą po europejskim złocie jest jednak decyzja o zakończeniu kariery amatorskiej.
– Mam już blisko 50 walk, jest to już duża liczba jak na amatorstwo. Czuję się gotowa, cieszę się, że trener też tak uważa, no i lecimy dalej – zapowiada.
Złoto z Belgradu było więc nie tylko kolejnym medalem do kolekcji, ale też symbolicznym domknięciem pewnego etapu. Etapu, w którym 90 procent planu wystarczyło, by zostać mistrzynią Europy – i w którym codzienne 200 procent zaangażowania zaprowadziło ją na sam szczyt amatorskiego MMA. Teraz przed Małgorzatą Popowicz nowy rozdział.





