Rocznie zjadamy 2 kg chemii

18

Ponad dwa kilogramy barwników, konserwantów, stabilizatorów, zagęszczaczy i innych substancji dodatkowych co roku trafia do naszego żołądka. Styczniowy raport Najwyższej Izby Kontroli otwiera nam oczy – zwracajmy uwagę na to, co jemy. Jednego dnia możemy przyswoić nawet 85 różnych „E” i to wcale nie stołując się na mieście.

Fot. Pixabay

Etykiety na produktach spożywczych – jedni całkowicie omijają je wzrokiem, drudzy pieczołowicie czytają. 

– Niestety tych drugich osób jest znacznie mniej – mówi dietetyk Magdalena Ptaszkowska i przyznaje, że do jej gabinetu trafia jedynie 2-3 procent świadomych konsumentów. – W zatrważającej większości ludzie nie czytają składu produktów, a to błąd – mówi.

W jednym z pierwszych w 2019 roku raportów NIK czytamy, że brakuje właściwego nadzoru nad stosowaniem dodatków „E” w żywności. Właściwe organy badają każdą substancję osobno. Jeśli jest ona bezpieczna, czyli zaakceptowana przez Europejski Urząd Bezpieczeństwa i Żywności (EFSA), wówczas dopuszcza się jądo użycia. Wszystkie te dodatki mają przedłużyć trwałość produktu, poprawić jego smak i wygląd, umożliwić stworzenie wersji „light”. Nikt nie kontroluje jednak, co się dzieje po połączeniu tych składników, gdy przyswoimy całą paletę „E”.

A chemicznych dodatków w naszym menu jest mnóstwo. Obawiać się ich powinni zarówno ci stołujący się na mieście, jak i ci, którzy jedzą w domu, w ich mniemaniu zdrowo. Kontrolerzy NIK wzięli pod lupę 501 powszechnie używanych wyrobów. W pojedynczym produkcie znajdziemy średnio pięć substancji dodatkowych. Niechlubne pierwsze miejsce zajęła kiełbasa śląska wieprzowo-drobiowa, która ma aż 19 takich dodatków. Słabo wypadają także przeciętne parówki, mające w sobie 16 ulepszaczy czy na pozór zdrowa sałatka warzywna ze śledziem i groszkiem, która ma 12 dodatków w porcji.

Tylko 11 procent produktów nie zawierało substancji dodatkowych. Znajdziemy wśród nich m.in. żywność nieprzetworzoną, miód, masło, mleko pasteryzowane i sterylizowane, naturalną wodę mineralną, kawę, herbatę liściastą.

NIK opracował hipotetyczny, ale prawdopodobny jadłospis przeciętnego Polaka, zakładając że obiad wykona sam w domu. Wynika z niego, że dziennie zjadamy aż 85 wszelkiej maści „E”.

Źródło: nik.gov.pl

Według tego, co podaje EFSA, pojedyncze dodatki w określonej ilości są przez nas tolerowane. Ale co się stanie, gdy do naszego organizmu trafi prawdziwa mieszanka tych związków? Na ile będzie to bezpieczne dla naszego organizmu? Takich badań do tej pory ma, nie było i nie wiadomo, czy będą. 

– Podlegamy pod polskie i unijne prawo. Do tej pory nie powstała teoria naukowa mówiąca wpływie kumulacji tych związków. Nie wiemy nic o tej synergii, czy te dodatki się potęgują, czy niwelują. Jeśli nie ma badań, my nie mamy punktu zaczepienia – tłumaczy Janina Szelągowska, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lubinie.

Jak uczula Magdalena Ptaszkowska, ciągle łapiemy się opakowanie towaru. – Wierzymy sloganom reklamowym oraz zapewnieniom producentów o rzekomo zdrowym składzie. Ludzie w ogóle nie czytają etykiet i nie mają elementarnej wiedzy o dodatkach – mówi. – Ze swojej praktyki mogę dodać, że dużo uważniejsze i skrupulatniejsze są osoby, które na coś chorują. Obserwując na sobie pozytywne efekty unikania różnych substancji, wykazują się większą starannością przy doborze produktów spożywczych – tłumaczy dietetyczka.

Warto zaznaczyć, że jedno „E” drugiemu nierówne. To urzędowa nomenklatura nakazuje używania nazw chemicznych. Jedne substancje mogą być silnymi alergenami, powodować u dzieci nadpobudliwość, a inne – pochodzić z przyrody. Tajemniczo brzmiące E-162 to betaina czyli ciemnoczerwony barwnik pochodzący z buraka ćwikłowego, zaś E-100 to kurkumina czyli żółty odcień wyekstrahowany z kurkumy.

Jeśli mamy zastrzeżenia co do rzetelności oznakowania produktu, możemy udać się z tym problemem do sanepidu. – Jeśli ktoś ma podejrzenia, że towar jest nieprawidłowo oznakowany, może nam to nieodpłatnie zgłosić, zajmiemy się tym. Badamy produkty na różnych płaszczyznach. Musimy jednak wiedzieć gdzie produkt był kupiony, by odnaleźć konkretną partię i pobrać z niej próbki – tłumaczy Janina Szelągowska.

Wszystkich zainteresowanych wnioskami NIK, zapraszamy do zapoznania się z pełnym raportem o „E” dodatkach w żywności. A w rzeczywistości należy podejść do sprawy przede wszystkim z rozsądkiem.

Trwa ładowanie komentarzy. Prosimy o cierpliwość