50 lat żeńskiego szczypiorniaka: Historia Sylwii Pociechy cz. 2

235

Prezentujemy państwu drugą część wywiadu z byłą szczypiornistką Zagłębia Lubin – Sylwią Pociechą. Dowiemy się w nim o grze w kadrze narodowej, a także o tym, co ten sport wniósł do życia urodzonej w Łasinie zawodniczki. W następnym odcinku zaprezentujemy państwu relację z wyjątkowego spotkania z okazji pięćdziesięciolecia żeńskiego szczypiorniaka. Zapraszamy do lektury.

Kadra narodowa.

Sylwia Pociecha: Będąc w Jarosławiu dostałam powołanie od trenera Cieplińskiego do kadry narodowej. Wtedy trochę zrobiłam pod górę Marzenie Kot. Ona jeździła na zgrupowania i grała, a ja zostałam wystrzelona z kosmosu z tego Jarosławia, bo cały sezon był świetny. Na mistrzostwa świata miała jechać Marzena, a ja pojechałam za nią. Nie wiem czy kiedyś nawet z nią o tym rozmawiałam. Muszę chyba to zrobić. Wiem, że na pewno było jej wtedy przykro. Mieszkałyśmy na mistrzostwach świata razem z Renią Żukiel. Świetna przygoda. Grając w kadrze człowiek czuje większą odpowiedzialność. Do końca chyba z emocjami sobie nie poradziłam. Raz, że był bardzo ciężki okres przygotowawczy do mistrzostw świata. Dostałyśmy od trenera Cieplińskiego mocno w skórę. Byłam wolna i efekty tej pracy przyszły później. Psychicznie chyba też nie do końca byłam na to gotowa. Jeździłam na jakieś sparingi zagraniczne z kadrą, ale to była moja taka wielka impreza. Przez całą karierę mogę żałować tylko jednego, że miałam straszny brak wiary w siebie. To mi dokuczało przez całą karierę. Przed każdym meczem nie mogłam spać i rozgrywałam wszystko w myślach. Trzecia czy czwarta nad ranem usypiałam umęczona. Dzień po meczu podobnie, tylko poprawiałam to, co robiłam źle na parkiecie. Śmiem przypuszczać, że gdybym pojechała na większej fantazji i wierze we własne siły to osiągnęłabym trochę więcej.

Kierownik zespołu.

Sylwia Pociecha: Chyba wydaje mi się, co zresztą mi później zarzucano, że byłam bardziej przy drużynie, jako zawodnik, niż jako kierownik zespołu. Może mentalnie jeszcze chciałam grać. Przyszedł w mojej głowie taki etap, że godziłam się z wynikami. Wiedziałam wtedy, że to jest czas, kiedy muszę odpuścić i zakończyć karierę. Miałam wtedy 37 lat. Na szczęście kolana miałam zdrowe. Miałam jeszcze inną kontuzję, potwornie skręciłam kostkę. Myślano, że ją złamałam, ale już za chwile grałam ponownie mecz. Masażystka rozmasowywała mi te opuchlizny, żeby nie zrobiły mi się zrosty, a kibice przywieźli mi serwatkę.

Relacje kibic-zawodnik.

Sylwia Pociecha: Wydaje mi się, że co do kibiców to zwłaszcza w małych miejscowościach tworzą się grupy, które mocno angażują do w życie klubu. W Jarosławiu odczułam coś takiego. Nie było tam nic innego. Piłka nożna, ale w niskiej lidze. Oni byli tak strasznie zaangażowani. Kibice mieli potężną wiedzę na temat zespołu. Pomagali w każdym momencie. W Lubinie jest straszna mieszanka ludzi z całej Polski. Tak to wyglądało pod względem historycznym i za bardzo nie odczułam takiego kibicowania.

Kapitan zespołu.

Sylwia Pociecha: Decyzja o tym, kto zostanie kapitanem należy do zespołu. To dziewczyny powinny wybierać osoby, które będą pośrednikiem między nimi a trenerem i zarządem. Tak powinno być, tak uważam. To też duża kwestia zaufania. Nie wiem czym do końca dziewczyny kierowały się wybierając mnie na kapitana. Może mi ufały. Wolałam usiąść i rozmawiać, może to zaważyło.

Wspaniała przygoda w europejskich pucharach.

Sylwia Pociecha: Jeździłyśmy po świecie. Tak się złożyło, że miałam okazję być trzy razy w tym samym miejscu w Portugalii, a mianowicie w Colegio de Gaia. Z Zagłębiem byłyśmy tam dwa razy, a ja jeszcze z Jelenią Górą. Było zwiedzanie, ale tak naprawdę nie było za wiele możliwości. Trening do południa, później obiad i czasowo zawsze byłyśmy ograniczone. Zawsze się śmieję, że byłam w wielu krajach, a tak naprawdę nie pozwiedzałam sobie. Tak to się odbywało, ale na pewno była do przygoda. W europejskich pucharach zderzałyśmy się z piłką ręczną na wysokim poziomie jak mecze z Metz. To były mocne mecze. To było zderzenie z taką naprawdę piłką ręczną na bardzo wysokim poziomie. Widziałyśmy wtedy w jakim miejscu jesteśmy. Niestety było to widać na chociażby mistrzostwach świata czy Europy.  

Co piłka ręczna wniosła w życie Sylwii Pociechy?

Sylwia Pociecha: Miała ogromne znaczenie. Byłam takim niepokornym dzieckiem, najstarsza z trójki rodzeństwa, mam dwóch młodszych braci. Byłam nieco taki zbój. Na gwiazdkę nie dostawałam lalki tylko piłkę. Więc grałam od samego rana. Byłam niepokorna i sport nauczył mnie bardzo wiele. Samodyscypliny i punktualności. Nie znoszę ludzi niepunktualnych. Wiele rzeczy, które mnie ułożyły na całe życie, a chyba sama bym tego nie wypracowała. Niczego nie żałuję w moim wyborze sportowym. Mam zdrowego syna, który jest fizjoterapeutą. Od trzydziestu lat mam tego samego męża i w tym roku właśnie obchodzimy okrągłą rocznicę ślubu. Mi też wiekowo stuknie okrągła liczba, więc same jubileusze. Myślę, że udało mi się wiele rzeczy w życiu. Mogę śmiało powiedzieć, że lubiłam piłkę ręczną. Nie było tak, że nie wyobrażałam sobie siebie w czymś innym, ale u mnie był to taki dziwny traf. Ktoś powiedział, że się do tego nadaje i później wszystko poszło z automatu. Naszym życiem kierują w dużej mierze przypadki. Uważam, że miałam szczęście.

Z Sylwią Pociechą rozmawiał Mariusz Babicz.

Trwa ładowanie komentarzy. Prosimy o cierpliwość